Mirek Sikorski Wystawa malarstwa

8 listopada 2010

Dziekan Wydziału Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki

Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie im. J. Matejki

ma zaszczyt zaprosić na uroczyste otwarcie wystawy:

 

Mirek Sikorski

Sztuczny horyzont

indywidualna wystawa malarstwa

 

Wernisaż 08 listopada 2010 r. (poniedziałek) o godz. 19.00

Wystawa czynna w dniach: od 09.11.2010 r. do 03.12.2010 r.

Od  poniedziałku do piątku w godz. od 8.00 do 19.00

 

4 ŚCIANY  Galeria Wydziału Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki

 

Adres: 30-052 Kraków, Ul. Lea 27-9,

E-mail:

galeria.wkirds@asp.krakow.pl

 

Mirosław Sikorski

Urodzony w Krakowie w 1965 roku – malarz, sporadycznie rysownik. W latach 1980-85 uczył się w Liceum Sztuk Plastycznych w Krakowie. Studiował na Wydziale Malarstwa ASP w Krakowie w latach 1985-90. Dyplom w pracowni prof. Jana Szancenbacha, aneks z grafiki w pracowni prof. Stanisława Wejmana. Od 1996 roku pracuje na Wydziale Malarstwa ASP w Krakowie. Od 2004 zatrudniony na stanowisku adiunkta.

W latach 1987-2003 uczestniczył w kilkunastu pokazach nieistniejącej już grupy „Trzy oczy”. Brał udział w kilkudziesięciu wystawach zbiorowych w kraju i za granicą. Prezentował prace na dwunastu wystawach indywidualnych.

Obrazy, które maluje często układają się w cykle poświęcone jednemu motywowi wizualnemu lub tematycznemu.

Sztuczny horyzont – refleksje przy obrazach Mirka Sikorskiego

Rzecz o Malarstwie – Rozdział drugi (z Traktatu o Malarstwie Cennino Cenniniego, datowany ok. 1437 r.)[i]

Jako niektórzy sztuce się poświęcają, kto z powołania, a kto dla zysku.

Nie bez racji z pobudek szlachetnych decydują się niektórzy sztuce tej poświęcić, wrodzone ku niej skłonności czując. W zdolnościach do rysunku lubują się ci tylko, którzy z przyrodzenia ku temu ciągnięci, bez jakowego przewodnictwa, ze szlachetności ducha idą; a z lubowania się tego dążą, by nauczyciela znaleźć i poczynają sobie z nim w posłuszeństwie powolni mu będąc, aby dojść doskonałości. Niektórzy zaś są, że z biedy i potrzeby jej się oddają, a więc dla zarobku, ale i z ukochania sztuki także; lecz ponad wszystkim są ci godni chwały co z miłości i szlachetności ku wzmiankowanej sztuce podążają.

Czyż nie jest rzeczą zaskakującą, że na progu XXI wieku, ta można by rzec „zabytkowa definicja” pomimo archaicznego języka nie straciła nic ze swej aktualności i choć świat, który ją stworzył zmienił się nie do poznania, to zawarte w niej przesłanie przemawia do nas w sposób bardzo przekonywujący. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest prosta – bo fundament działania, który próbuje opisać jest chyba wciąż niezmienny.

W sprawach dla człowieka podstawowych nowoczesność ma niewiele do powiedzenia, a malarstwo jest zajęciem bardzo pierwotnym, starszym od cywilizacji i kultury, do której obecnie przynależy. Szlif epoki to jedynie modny kamuflaż zmieniany zgodnie z przyjętą przez większość konwencją. Istota rzeczy czyli podstawa działania, pozostaje wciąż niezmienna.

Możliwości narzędzia, farby, najwymyślniejszych „nowoczesnych” środków działania, z pewnością otwierają przed artystą większe możliwości; sprawiają, że „wyobrażone” może się urzeczywistnić, ale wszystko to, nie powinno przesłonić jednej podstawowej myśli, że technologia  bez względu na to czy jest archaiczna czy kosmiczna w ręku artysty jest jedynie narzędziem. Nowości starzeją się najszybciej i jeżeli istnieje coś, co ma szansę oprzeć się destrukcyjnej sile czasu, to właśnie ponadczasowy język malarstwa i siła kreatywnej wyobraźni.

Sztuka – jako pewien proces, nie podlega liniowej progresji, można powiedzieć, że jej historia jest raczej zlepkiem różnych mutacji, niż logiczną i ciągłą ewolucją. Gdyby jej rozwój był wprost proporcjonalny do upływającego czasu, to artysta współczesny byłby w bardzo uprzywilejowanej pozycji. Niestety taka zależność nie zachodzi mało tego, zdawać by się mogło, że machina życia rozpędzona obecnie do niewiarygodnego tempa próbuje wpisać „malarza” na „listę zagrożonych gatunków”. Celowo używam tu określenia „malarz”(a nie „artysta”), gdyż chodzi mi o kogoś, kto żyje nadzieją, iż dysponując tradycyjnym arsenałem środków jest w stanie przy pomocy farb, wywołać to, co do tej pory pozastawiało w ukryciu. Ta wiara w potencjalną siłę, która drzemie w farbie, geście ręki jest dla malarza podstawowa, ale równocześnie i najbardziej ulotna. Czy farba położona na płótnie może być czymś więcej? Czy ma w sobie siłę cudownego przemienienia?

Patrząc na obrazy Mirka Sikorskiego nie sposób nie zauważyć, że są malowane z wielką pasją i olbrzymią determinacją. Radość pracy, choć z pozoru dla zawodu malarza oczywista, nie jest wcale tak powszechna jakby to się mogło wydawać. Profesja malarza daleka jest od plastyko terapii i choć element satysfakcji może czasem rekompensować włożony trud, to jednak umiejętność utrzymania w sobie entuzjazmu do wciąż nowych zamierzeń jest cechą rzadką i godną pozazdroszczenia; a obraz to przedmiot dość szczególny, jest w stanie emanować energią tożsamą z tą, która powołała go do życia. Jego materia jest niezwykle skomplikowana i nierealnym wydaje się rozłożenie go na czynniki pierwsze. Jak oddzielić te czysto formalne elementy od zawikłanego systemu znaczeniowych asocjacji? Powstały efekt jest niepodzielną całością i jeżeli zostanie uwieńczony sukcesem to należy przyjąć, że osiągnięty rezultat jest wynikiem jakiejś werbalnie niewytłumaczalnej iluminacji ale dotarcie do niej jest niemożliwe bez codziennej, żmudnej pracy. Nawet wtedy, gdy łaskawość losu obdarzy nas niespodziewanym prezentem, nic by on nie znaczył gdyby nie został przez autora zaakceptowany, wyłowiony z plątaniny gestów, zamiarów i oczekiwań.

Zawsze kiedy patrzę na obrazy Mirka Sikorskiego mam wrażenie, że to co przedstawiają jest jedynie fasadą, za którą ukryte są „światy prawdziwe”. Jego obrazy są „wielopiętrowe”. Rozgrywają się na kilku planach. Ten najbardziej oczywisty „przedstawiający” jest jedynie sceną, na której przedmioty  jak aktorzy rozpoczynającego się właśnie spektaklu prezentują się nam w swych podstawowych maskach. W zderzeniu z elementami innej, malarskiej realności, maski przeistaczają się ujawniając nam nowe, nieznane dotąd oblicza przedmiotów. Cała ta scenograficzna konstrukcja służy temu, by wprowadzić nas w skomplikowany ciąg znaczeń i obrazów; wciągnąć w intrygę, w której również nam przydzielono osobliwe role do spełnienia. Jeżeli tylko skorzystamy z zaproszenia możemy dotrzeć do światów „nieobecnych”, „do miast których nie ma” i których ziemska rzeczywistość nigdy nie będzie poznana, gdzie nie obowiązuje ziemskie prawo grawitacji, a logika czasu i przestrzeni traci swą ograniczającą moc. Przedmioty wplątane w siatkę znaczeniowych permutacji zagubiły swą pierwotną funkcję i znaczenie; przyłapane na istnieniu w światach, do których wydawać by się mogło nie maja dostępu, teraz muszą określać się na nowo.

Oglądanie tych obrazów przypomina przemieszczanie się w wielopoziomowym labiryncie. Proces ten wymaga czasu i pewnego przyzwolenia ze strony widza, by ufnie oddać się we władanie światów wirtualnych. Ten element podążania, wędrowania w poszukiwaniu nowo powstałych znaczeń i odniesień wydaje mi się szalenie istotny dla właściwego ich zrozumienia. Można by powiedzieć, że Autor celowo animuje naszymi odczuciami, świadomie oswaja nas z pewnymi znaczeniami, które już po chwili tracą aktualność przemieniając się w nowe konfiguracje, a my musimy podążać dalej i dalej wiedzieni nadzieją, że dotrzemy do ukrytej tajemnicy, która objawić się nam może jedynie między wierszami, tam gdzie tysiące światów tych realnych i tych wyobrażonych mają swą wspólną granicę.

Zestaw zaprezentowany w Galerii „4 Ściany” pokazują zaledwie skromny wybór prac ograniczając się do obrazów, w których pejzaż a może raczej „pejzażowy motyw” stał się punktem wyjścia do konstruowania malarskich przedstawień.

Czy tytułowy „sztuczny horyzont” zaczerpnięty z lotniczej terminologii (żyroskopowy przyrząd lotniczy wskazujący odchylenie statku powietrznego od horyzontu rzeczywistego) ma nam przypominać, że zawsze istnieje jakiś punkt odniesienia? A może bardziej chce wskazać, że świat obiektywny i subiektywny to dwie strony tego samego medalu.

Łukasz Konieczko


Cennino Cennini, Rzecz o Malarstwie – Rozdział drugi  [i]